Przeglądając ostatnie wpisy z prac w ogrodzie zauważyłem, że zdjęcia mogły sprawiać wrażenie, jakbym zostawiał grządki z gołą ziemią. W rzeczywistości staram się robić dokładnie odwrotnie.
Po odchwaszczaniu czy innych pracach ziemia często przez krótki czas pozostaje odsłonięta, ale traktuję to jako stan przejściowy, a nie docelowy. Na co dzień większość grządek jest u mnie w mniejszym lub większym stopniu ściółkowana.
Najczęściej wykorzystuję do tego skoszoną trawę, chwasty bez nasion, a czasem również pokrzywy i inne resztki roślinne dostępne pod ręką. Nie kupuję specjalnych materiałów do ściółkowania. Korzystam głównie z tego, co daje sam ogród.
Taka warstwa materii organicznej spełnia kilka ważnych funkcji. Ogranicza parowanie wody z gleby, dzięki czemu ziemia wolniej przesycha. Utrudnia też wzrost nowych chwastów, więc w dłuższej perspektywie oznacza mniej pracy. Dodatkowo chroni glebę przed nagrzewaniem w upalne dni i przed zaskorupianiem po deszczu.
Ściółka ma jeszcze jedną zaletę. Dzięki niej owoce i warzywa, które mają kontakt z podłożem, pozostają czystsze. Dotyczy to między innymi dyniowatych, truskawek czy innych warzyw owocowych leżących na ziemi. Zamiast stykać się bezpośrednio z wilgotną glebą, opierają się na warstwie ściółki, co ogranicza ich zabrudzenie i zmniejsza ryzyko gnicia.
Z czasem ściółka rozkłada się i wraca do gleby jako materia organiczna. W naturze przecież trudno znaleźć duże połacie idealnie gołej ziemi. Liście, trawy i obumarłe rośliny stale tworzą warstwę okrywającą podłoże. Staram się więc naśladować ten proces również w swoim ogrodzie.
Dlatego jeśli na zdjęciach widzicie odkryte grządki, to najczęściej jest to efekt prac wykonanych chwilę wcześniej. Docelowo wolę, gdy ziemia jest przykryta czymś żywym lub warstwą roślinnych resztek, a nie pozostaje naga przez cały sezon.

Komentarze
Prześlij komentarz