Przy okazji ostatnich wykopków kosaćców wspominałem, jak bardzo lubię pozyskiwać rośliny z terenu i zapraszać je do swojego ogrodu. Tym razem przyszła pora na coś innego. Nowym mieszkańcem ogrodu została kokoryczka.
Kilka okazów znalazłem na nieużytku w okolicy działek. Jeszcze do niedawna miejsce to było porośnięte drzewami i krzewami, tworzącymi całkiem przyjemny, dziki zakątek. Tej wiosny teren został jednak wykarczowany i przygotowany pod jakąś inwestycję drogową. Wśród pozostałości dawnej roślinności wypatrzyłem właśnie kokoryczkę. Pomyślałem, że skoro jej dotychczasowe miejsce i tak wkrótce całkowicie zniknie, to warto dać kilku roślinom szansę na dalszy wzrost w moim ogrodzie.
Nie było wielkich wykopków ani mozolnego dzielenia karp. Wystarczyło ostrożnie wykopać kilka roślin razem z bryłą korzeniową i przetransportować je do ogrodu. Lubię takie akcje. Niby drobiazg, a jednak daje sporo satysfakcji.
Kokoryczka trafiła do kwietnika przy mini sadzie. Uznałem, że będzie tam pasowała zarówno pod względem wyglądu, jak i warunków. W przyszłości powinna stworzyć przyjemny, naturalny akcent pomiędzy innymi roślinami.
Po posadzeniu oczywiście wszystko porządnie podlałem. Teraz pozostaje już tylko czekać, aż rośliny dobrze się ukorzenią i zadomowią na nowym miejscu.
Bardzo lubię takie niewielkie nasadzenia. Nie kosztują nic poza odrobiną czasu i pracy, a sprawiają, że ogród staje się coraz bardziej różnorodny. No i jest w tym coś przyjemnego, gdy uda się zaprosić do ogrodu kolejną roślinę znalezioną gdzieś w okolicy.
Teraz pozostaje obserwować, jak kokoryczka będzie sobie radziła. Mam nadzieję, że za jakiś czas utworzy ładną kępę i na stałe wpisze się w krajobraz mojego mini sadu.
Cieszy mnie też coś jeszcze. Ogród coraz mniej przypomina wyłącznie działkę nastawioną na produkcję warzyw, a coraz bardziej staje się miejscem do życia. Przybywa tu różnych roślin, nie tylko użytkowych, ale również takich, które po prostu cieszą oko albo tworzą przyjemniejszą przestrzeń do przebywania.
Zauważyłem też, że zupełnie zmieniło mi się spojrzenie na okoliczne tereny. Kiedyś, gdy potrzebowałem czegoś do domu lub ogrodu, naturalnym odruchem było odwiedzenie sklepu. Dziś coraz częściej wychodzę po prostu na spacer. Trochę żartobliwie można powiedzieć, że okoliczne nieużytki, zarośla i skrawki dzikiej zieleni stały się dla mnie czymś w rodzaju sklepów. Zamiast jechać do Pepco, Action czy innego marketu z wyposażeniem domu i ogrodu, ruszam w teren. Oczywiście nie zawsze wracam z jakimś znaleziskiem, ale bardzo często udaje mi się wypatrzyć ciekawą roślinę, kawałek drewna, kamień albo coś, co później znajduje zastosowanie u mnie na działce.
Sprawia mi to sporą satysfakcję. Mam wrażenie, że dzięki temu ogród powstaje trochę bardziej własnymi siłami, a każda taka zdobycz ma swoją historię i przypomina o miejscu, z którego została przyniesiona.
Komentarze
Prześlij komentarz