Przy okazji prac w ogrodzie często wraca do mnie pytanie: czy uprawa własnych warzyw, owoców i ziół w ogóle się opłaca?
Jeśli spojrzeć wyłącznie na finanse, odpowiedź wcale nie jest taka oczywista. Podstawowe warzywa, takie jak ziemniaki, marchew, cebula czy kapusta, w sezonie nie kosztują wiele. Bez większego problemu mógłbym kupić potrzebne ilości, a nawet przygotować z nich przetwory na zimę. Roczny koszt zaopatrzenia w takie warzywa prawdopodobnie nie byłby szczególnie wysoki.
Tymczasem już w tym roku wydałem na uprawy kilkaset złotych. Kupiłem suszony obornik, mączkę bazaltową, nasiona, rośliny wieloletnie i kilka krzewów. Do tego dochodzą różne wcześniejsze wydatki związane z infrastrukturą ogrodową. Gdybym zaczął dokładnie liczyć każdą złotówkę, a zwłaszcza wartość poświęconego czasu, mogłoby się okazać, że moja produkcja warzyw wcale nie jest tańsza od zakupów w sklepie czy na targu.
A jednak zdecydowałem się uprawiać.
Dlaczego?
Bo dla mnie ogród nigdy nie był wyłącznie sposobem na oszczędzanie pieniędzy. Znacznie ważniejsza jest satysfakcja z obserwowania, jak z małego nasionka wyrasta roślina, a później trafia na talerz. Cieszy mnie możliwość zbierania własnych plonów, przygotowywania posiłków z warzyw wyhodowanych na własnej ziemi i stopniowego rozwijania ogrodu.
Jest też zwykła radość z samego działania. Czas spędzony w ogrodzie nie jest dla mnie kosztem, lecz jedną z form spędzania czasu.
Jest jeszcze jedna kwestia, której trudno przypisać konkretną wartość. Uprawiając warzywa samodzielnie wiem, czym były nawożone i jak były prowadzone. Daje mi to pewien komfort i poczucie kontroli nad tym, co trafia później na mój talerz.
Być może źródło tego wszystkiego tkwi jeszcze gdzie indziej. Pamiętam, że w trudniejszych momentach życia często marzyłem o tym, żeby rzucić ten cały pęd i żyć trochę prościej. Nie w znaczeniu całkowitego odcięcia się od świata czy ucieczki od cywilizacji, ale bliżej natury i bardziej własnym rytmem.
Dzisiaj w pewnym stopniu właśnie tak żyję. Uprawiam własne warzywa, owoce i zioła, zbieram różne dary natury z okolicznych terenów, robię przetwory i staram się wykorzystywać to, co daje ogród oraz najbliższa okolica. To daje mi poczucie prostszego i ciekawszego życia.
Jednocześnie nie mam potrzeby rezygnowania z wygód współczesnego świata. Wręcz przeciwnie. Cenię sobie komfort, jaki daje cywilizacja. Jeśli jakiś plon się nie uda, nie oznacza to dla mnie problemu z wyżywieniem. Mogę po prostu kupić to, czego zabrakło. Nie traktuję ogrodu jako walki o przetrwanie.
Dzięki temu mogę czerpać z obu światów to, co najlepsze. Z jednej strony mam radość z własnych zbiorów i satysfakcję z częściowej samowystarczalności. Z drugiej strony nie ciąży nade mną presja, że od powodzenia upraw zależy moje bezpieczeństwo. Gdy coś się nie uda, nie ma tragedii. Jest jedynie trochę mniej radości i satysfakcji z własnych plonów.
Nie patrzę na ogród wyłącznie przez pryzmat użyteczności. Skoro nie jest on dla mnie narzędziem przetrwania, nie muszę wykorzystywać każdego skrawka ziemi pod produkcję żywności. Chcę, aby rosły tu nie tylko warzywa, owoce i zioła, ale również rośliny ozdobne.
Ogród ma być miejscem, które nie tylko daje plony, ale także zwyczajnie cieszy oko. Lubię, gdy obok grządek pojawiają się kwiaty, kwitnące krzewy czy inne rośliny posadzone wyłącznie dla ich urody. Nie wszystko musi być praktyczne i przynosić wymierne korzyści. Czasem wystarczy, że jest po prostu ładne.
W pewnym sensie taki właśnie chciałbym mieć ogród – trochę użytkowy, trochę ozdobny, a przede wszystkim przyjazny do codziennego życia.
Czy własna uprawa się opłaca? Jeśli liczyć wyłącznie pieniądze, nie zawsze. Jeśli jednak doliczyć satysfakcję, kontakt z naturą, możliwość jedzenia własnych plonów i zajmowanie się tym, co naprawdę lubię, to odpowiedź jest dla mnie prosta.
Może nie zawsze się opłaca. Ale zdecydowanie warto.


Komentarze
Prześlij komentarz