W tym sezonie rozważam wprowadzenie do ogrodu niewielkich ilości nawozu wieloskładnikowego mineralnego, stosowanego okazjonalnie przy podlewaniu. Chodzi o jedno litrowe opakowanie nawozu w sezonie, rozcieńczone w około 400 litrach cieczy roboczej i używane na cały warzywnik jedynie w momentach największego zapotrzebowania roślin.
Na ten moment nie podjąłem jeszcze decyzji, czy faktycznie wprowadzę to rozwiązanie. Zastanawiam się, czy pozostać przy dotychczasowych metodach nawożenia, czy jednak uzupełnić je w taki sposób.
Nadal zamierzam opierać prowadzenie ogrodu na dotychczasowych metodach. Podstawą pozostają nawozy zielone, kompost, gnojówki roślinne, płodozmian oraz różne naturalne dodatki poprawiające strukturę i żyzność gleby. To jest fundament, który chcę utrzymać bez zmian.
Myśląc o nawozach mineralnych, nie traktuję ich jako czegoś „złego” w sensie absolutnym. Rośliny nie rozróżniają źródła składników pokarmowych — liczy się dla nich ich dostępność. Obawy wobec nawozów mineralnych wynikają najczęściej nie z samej ich natury, ale z niewłaściwego stosowania: zbyt dużych dawek, braku dbania o glebę i zastępowania nimi całego systemu nawożenia.
W moim przypadku ma to być jedynie bardzo umiarkowane wsparcie, a nie zmiana całego podejścia do ogrodu. Cały czas najważniejsze pozostaje dla mnie utrzymanie gleby w dobrej kondycji — żywej, stabilnej i bogatej w materię organiczną. Nawóz mineralny miałby pełnić wyłącznie rolę uzupełnienia w okresach, gdy rośliny potrzebują szybszego dostępu do składników pokarmowych.
Nie zamierzam rezygnować z dotychczasowych metod ani zastępować nimi pracy nad glebą. Chodzi raczej o znalezienie prostego i praktycznego rozwiązania, które pozwoli mi lepiej reagować na potrzeby większej już dziś powierzchni upraw.

Komentarze
Prześlij komentarz