Kilka zmian w mojej elektronice i jedna lekcja z zakupów

Jakiś czas temu prezentowałem swoją elektronikę w tym wpisie (link). Od tamtej pory zaszło kilka zmian.



Przede wszystkim brakowało mi większego ekranu. Najprostszym rozwiązaniem wydawał się zakup jakiegoś niedrogiego laptopa – nowego albo używanego. Brałem pod uwagę również Chromebooki. Ten system znałem i byłem przekonany, że taki sprzęt w zupełności by mi wystarczył. Nie są też specjalnie drogie, a dawałyby wygodę klasycznego komputera.
 
Dodatkowym argumentem za małym laptopem lub Chromebookiem było to, że większość takich urządzeń ładowana jest dziś przez USB-C. Oznaczało to, że nie musiałbym wprowadzać większych zmian w swojej instalacji elektrycznej. Sprzęt można byłoby ładować podobnie jak telefon, korzystając z rozwiązań, które już mam.
 
Przez chwilę myślałem o dokupieniu klawiatury do iPhone'a. To byłoby najprostsze i najtańsze rozwiązanie. Pisanie dłuższych tekstów byłoby szybsze i wygodniejsze. Mimo wszystko miałem wrażenie, że byłaby to trochę prowizorka.
 
Poza tym mała klawiatura niewiele by zmieniła. Duża byłaby wygodniejsza, ale jakoś nie mogłem się przekonać do wizji dużej klawiatury podłączonej do telefonu, który jest od niej kilka razy mniejszy. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że problemem nie jest samo pisanie, ale przede wszystkim brak większego ekranu.

Z czasem zacząłem przyglądać się iPadom. Powód był bardzo prosty – system, który znam i którego używam na co dzień. Klasyczny przykład przywiązania do konkretnego ekosystemu. Duży ekran dawał komfort zbliżony do laptopa, a jednocześnie zachowywał mobilność, na której mi zależało.
 
Ostatecznie postawiłem na iPada. Kupiłem go przez internet, a w dniu odbioru od razu dokupiłem etui. Owszem, przez internet byłoby taniej, ale chciałem od razu zabezpieczyć sprzęt i nie organizować kolejnej wyprawy do miasta. 
 
Przez chwilę myślałem też o iPadzie z kartą SIM. Byłby wtedy całkowicie niezależny od telefonu. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że nie jest mi to potrzebne. Taki model kosztuje więcej, a do tego dochodzi kwestia kolejnej karty i kolejnej usługi. Wolę prostsze rozwiązania. Skoro telefon i tak mam zawsze przy sobie, udostępnienie internetu zajmuje kilka chwil.

Początkowo zakładałem, że dokupię jeszcze etui z klawiaturą. W razie potrzeby miałbym niemal laptopa. Po kilku dniach użytkowania okazało się jednak, że nie jest mi to potrzebne. Sam większy ekran rozwiązał większość problemów, które wcześniej miałem podczas korzystania wyłącznie z telefonu.
 

Przy okazji kupiłem również kilka power banków. Powód był prosty – chciałem mieć zapas energii na okresy słabszego nasłonecznienia albo na sytuacje, gdy z jakiegoś powodu coś nie działałoby tak, jak powinno. Wolę mieć kilka niezależnych magazynów energii niż jeden duży.
 
 
Do tego doszedł jeszcze power bank z panelem słonecznym. I tutaj przytrafiła mi się mała lekcja. Na opakowaniu dużymi literami widniała informacja o mocy 20 W. 
 

Dopiero później dokładniej przyjrzałem się specyfikacji i okazało się, że same panele mają moc 3 × 1,5 W. To przypomnienie, że warto czytać nie tylko hasła reklamowe na froncie opakowania, ale również parametry zapisane drobnym drukiem. Nie traktuję tego jako tragedii, raczej jako nauczkę na przyszłość.

Czy te zmiany były konieczne? Pewnie nie. Z pewnością jednak poprawią mój codzienny komfort korzystania z elektroniki, a jednocześnie zwiększą niezależność energetyczną mojego niewielkiego gospodarstwa.



 
  


Komentarze