Czy zamierzam być samowystarczalny?

To pytanie pojawia się regularnie, odkąd się tu wprowadziłem. Odpowiedź brzmi: częściowo tak, ale bez idealizowania i opowieści o pełnej niezależności. 


Obecnie powierzchnia moich upraw warzywnych to około 170 m². W przyszłym sezonie prawdopodobnie będzie to 120 - 130 m². Przy takiej skali nie da się wyprodukować wszystkiego, czego człowiek potrzebuje do życia przez cały rok. Nadal muszę i będę musiał kupować podstawowe produkty skrobiowe, tłuszcz czy sporadycznie mięso.

Nie mam też ambicji udawania, że da się całkowicie odciąć od sklepów na tak niewielkiej powierzchni. Mój cel jest bardziej przyziemny i realistyczny. Nie oszukujmy się - nie istnieje przecież drzewo makaronowe. Nie ma też cudownej grządki, z której wyrastałyby makaron świderki. A że makarony to akurat jedne z moich ulubionych obiadów, to całkowite uniezależnienie od sklepów raczej mi nie grozi.

Liczę natomiast na to, że warzyw będę mieć tyle, by pokryć własne roczne zapotrzebowanie. To samo dotyczy owoców. Docelowo chciałbym dojść do momentu, w którym nie będę musiał kupować warzyw i owoców w sklepie, bo wszystko potrzebne wyrośnie tutaj albo zostanie zebrane w okolicy.

Poza samym ogrodem korzystam też z tego, co daje otaczający teren. Zbieram różne surowce herbaciane, niektóre zioła, a w przyszłości planuję również zbierać zdziczałe owoce i przerabiać je na przetwory. Nie chodzi więc wyłącznie o grządki, ale szerzej o możliwie rozsądne wykorzystywanie tego, co rośnie wokół.

Podobnie wygląda kwestia opału. Część drewna również zbieram w okolicy - głównie suche gałęzie i materiał, który i tak leży w terenie. To kolejny przykład tego, że staram się możliwie dużo rzeczy organizować lokalnie i własną pracą.

Również w kwestii nawożenia staram się korzystać z lokalnych zasobów. Część surowców pozyskuję poza ogrodem - chociażby pokrzywy na gnojówki czy różne rośliny nadające się na ściółkę i zielony nawóz. Popiół z pieca też będzie jednym z moich nawozów. Dzięki temu można przynajmniej częściowo ograniczyć kupowanie gotowych nawozów. 

Duża część plonów będzie też przetwarzana lub suszona, żeby starczyły poza sezonem. Bez tego nawet spore ilości warzyw latem niewiele dają zimą. Taki tryb życia w jakimś stopniu uniezależni mnie od sklepów. Oczywiście to oznacza też częściowy powrót do bardziej sezonowego jedzenia. Nie wszystko będzie dostępne cały rok i w sumie nie traktuję tego jako problem. Aby zdrowo jeść nie trzeba przecież mieć świeżą sałatę w środku zimy. 

Będę się uczyć się wielu rzeczy metodą prób i błędów. Internet pomoże, literatura też. Jednak cenna też będzie wiedza co u mnie się będzie działać a co nie. Część upraw się uda, część pewnie nie, ale taki ogród to proces rozłożony na lata. 

Dla mnie właśnie to jest najcenniejsze w takim podejściu - nie pełna samowystarczalność, ale możliwość bezgotówkowego zaspokajania części codziennych potrzeb własną pracą i w oparciu o lokalne zasoby. To bardziej próba budowania prostszego sposobu życia i zwyczajna satysfakcja z korzystania z tego, co udało się wyhodować, zebrać albo przygotować samemu, niż pogoń za pełną samowystarczalnością.

 

 


 
  

 

Komentarze