Zbiory w okolicy są dla mnie ważne

Oprócz plonów w ogrodu zbieram też poza działka różne jadalne dobroci. Są one dla mnie bardzo ważnym uzupełnieniem mojej spiżarki. Sezon zbiorów rozpoczyna się wraz z pierwszymi pojawiającymi się pączkami liściowymi malin czy młodych pokrzyw. 

Lata temu zainteresowałem się zbieraniem dzikich roślin jadalnych. Miałem kilkuletni okres fascynacji dziko rosnącymi roślinami jadalnymi. Z czasem ta pasja wygasła i po latach przestałem łazić po kniejach i nieużytkach w poszukiwaniu dzikiego jedzenia. Moja pasja przeniosła się natomiast na zbiory "herbaciane". Jeszcze kilkanaście lat temu zbierałem mnóstwo różnego zielstwa na herbatki, zafascynowałem się też herbatkami oksydowanymi. W moim mieszkaniu każdego sezonu miałem 20 - 30 różnych słoików z przeróżnymi herbatkami - zarówno typowo suszonymi jak i oksydowanymi. Po latach ilość gatunków spadła i dzisiaj mój herbaciany arsenał się zmniejszył.  


Wiosną zbieram niektóre gatunki herbaciane - pokrzywę, liście malin, róż, czasem jeżyn. Z nich robię swoje herbatki. Oprócz tego zbieram korę wierzby, która po wysuszeniu i rozdrobnieniu jest dla mnie "naturalną aspiryną".

Latem zbieram przede wszystkim wierzbówkę kipczycką, której liście razem z kwiatami suszę oraz fermentuję na Iwan czaj - ciekawy zamiennik czarnej herbaty. 

Późne lato oraz jesień to przede wszystkim zbiory różnych owoców ze zdziczałych i dzikich drzew owocowych - w koszyku lądują jabłka, gruszki, mirabelki, jarzębina i inne. Jabłkom daleko co prawda do odmian ogrodowych - bywają kwaśne, cierpkie, są też zdecydowanie mniejsze niż te, które znamy ze sklepów. Jednak nie ma co wybrzydzać - to realny plon, który jest wokół mnie - wystarczy wyjść i nazbierać. 

Zima też daje plony - niewielkie ale jednak. Przede wszystkim zbieram różne gałązki na zimowe herbatki. Najczęściej pędy świerka oraz malin. 

Dzisiaj to ułamek tego co zbierałem kiedyś. Czy to zanik pasji? W żadnym wypadku. To po prostu selekcja, która przyszła z czasem. 

Dziś zbieram już niewiele w porównaniu z dawnymi latami, ale sam proces zbioru i późniejszego przetwarzania wciąż jest dla mnie małą przygodą. To coś, co zwyczajnie lubię robić, bez pośpiechu, w swoim tempie. Być może tutaj wrócę do różnorodności, jaką miałem przed wieloma laty.  

Same herbatki? Często daleko im do intensywnych, „sklepowych” eksplozji smaku i aromatu. I właściwie nie o to tu chodzi. Nie chodzi nawet tylko o właściwości prozdrowotne. Najważniejsze jest to, że robię coś swojego - od początku do końca.

Dzięki temu każdy kubek naparu jest czymś więcej niż tylko napojem. To trochę jak otwarcie albumu ze zdjęciami - przypomnienie miejsc, zapachów i chwil z minionego sezonu zbiorów.

Zbieram też trochę surowców leczniczych. Ciężko mi jednak było przyjąć jakieś sensowne kryterium - co jest herbatką a co ziołem. Bo o ile w przypadku kory wierzby nie miałem wątpliwości - to lek ziołowy, to w przypadku np mięty miałem wątpliwości. Zioło lecznicze czy herbatka. Granica między nimi jest chyba dość umowna i płynna - część z tych roślin mogłaby trafić do obu kategorii. Zastosowałem więc kryterium ilościowe. Herbatki to gatunki zbierane w większych ilościach, pite regularnie. Zioła to gatunki zbierane w mniejszych ilościach, które piję okazjonalnie, sezonowo lub w przypadku dolegliwości. To podział praktyczny, wynikający z tego jak często po dane rośliny sięgam, a nie z ich właściwości. 

Surowce lecznicze, które zbieram i przetwarzam to: kora wierzby, kwiat bzu czarnego, melisa, mięta, szałwia. Wymienione i pokazane surowce zbieram do małych słoików. To raczej podstawowy zestaw na najprostsze, sezonowe dolegliwości - nic wyszukanego.  Korę wierzby stosuję głównie przy bólu i stanach podgorączkowych, działa przeciwzapalnie i przeciwbólowo. Kwiat bzu czarnego używam pomocniczo przy przeziębieniach, napotnie, szczególnie na początku infekcji. Melisę popijam raczej na uspokojenie i napięcie, czasem też przy problemach z zasypianiem. Po miętę sięgam na trawienie, uczucie ciężkości i wzdęcia. Czasem popijam jako herbatkę, ale rzadko raczej. Szałwia to zioło głównie na gardło i stany zapalne w jamie ustnej, raczej do płukania niż picia. Brakuje mi czegoś typowo na biegunki. Mięta czy melisa pomagają przy lżejszych problemach trawiennych, ale nie mają wyraźnego działania ściągającego. 

Nie czuję się specjalistą od dzikich roślin czy leczniczych. Po prostu rozpoznaje ileś tam gatunków i niektóre zbieram, wiedząc, że są jadalne lub nadają się na herbatki. Znam też trochę roślin leczniczych i niektórych korzystam. 



 
  

Komentarze