Niedogodności życia tutaj - cz. 2 - ogrzewanie

Jedna z mniej oczywistych niedogodności życia tutaj? Ogrzewanie. Mój piec to zwykła „koza” z szamotem. Nic wyszukanego, ale przy małym domku ma jedną dużą zaletę - szybko robi się ciepło. Wystarczy chwila i z chłodu robi się całkiem przyjemnie.


Palę głównie drewnem. Część kupuję, część zbieram gdzie się da - jakieś zagajniki, pobocza, drobne znaleziska po drodze. To trochę życie „na bieżąco”, bez dużych zapasów. Zresztą nawet gdybym chciał, to nie bardzo mam gdzie to wszystko składować. Brakuje porządnej szopy czy drewutni, więc magazynowanie większej ilości opału odpada.

W dzień to nie problem - dokładam ile trzeba i jest ciepło. Gorzej w nocy zimą. Temperatura spada i rano czuć wyraźny chłód. Może nie mróz, ale na tyle, żeby pierwsza myśl po przebudzeniu była jedna: rozpalić, i to jak najszybciej.

Na szczęście da się spać komfortowo - dobre przykrycie to podstawa. Ale ten poranny moment, zanim piec znów „złapie”, zawsze przypomina, gdzie się jest.

Teoretycznie mógłbym to rozwiązać prosto - dorzucić na noc trochę węgla. Trzymałby temperaturę znacznie dłużej. Tylko że to rodzi inny problem: popiół. Zimą nie ma tu kontenerów na śmieci, a wyrzucanie „gdzieś” nie wchodzi w grę.

Dlatego trzymam się drewna. Popiół trafia na kompost i wraca do obiegu jako nawóz - przynajmniej tyle dobrego. Czasem używam też węgla drzewnego, takiego do grilla. Trzyma ciepło trochę dłużej niż zwykłe drewno, ale jest droższy, więc to raczej opcja „od czasu do czasu”.

Da się tak żyć - tylko trzeba zaakceptować, że nawet coś tak podstawowego jak ciepło nie jest tu „na klik”, tylko na dokładanie. 

Mam za sobą pierwszą zimę w takich warunkach. Nie zamarzłem, nie rozchorowałem się. Dało radę i opisywana sytuacja była raczej niedogodnością a nie walką o przetrwanie. Podejrzewam jednak, że pierwszą inwestycją tutaj na emeryturze będzie podłączenie do sieci elektrycznej i zakup jakiegoś grzejniczka. 



Komentarze