Warzywa na mojej działce nie są przypadkowe. Każde z nich musiało „przejść test” – i to dość surowy.
Założenia są proste: ma być bez chemii, bez oprysków i bez obornika. Do tego w miarę pewny plon, bez kaprysów i walki o każdą sztukę. Przy ogórku jedynie troszkę więcej biegam - ale tu załatwiam sprawę jednym skutecznym odpryskiem.
Dlatego część popularnych warzyw odpadła. Zrezygnowałem m.in. z ziemniaków, pomidorów gruntowych czy marchwi. W teorii „podstawowe”, w praktyce – wymagające: albo dobrej ziemi, albo ochrony przed szkodnikami, albo jednego i drugiego.
Zostawiłem te, które realnie dają radę w takich warunkach – często po własnych próbach.
Bo eksperymenty są, tylko na małą skalę. Każde warzywo, które dziś uprawiam, kiedyś było takim testem. Jeśli się sprawdziło – zostaje i dostaje więcej miejsca. Jeśli nie - wypada.
Obecnie uprawiam: buraki ćwikłowe i pastewne, fasolkę szparagową, ogórki, dynie i cukinie, bób, cebulę zwykłą, cebule wieloletnie i kępkowe, czosnek, rzodkiewka, szpinak.
Każde z nich ma swoje konkretne zadanie. Jedne dają dużo masy i kalorii, inne są bezproblemowe w uprawie, jeszcze inne dobrze się przechowują.
Mam też krzewy owocowe - i tu też nie ma miejsca na dziwolągi lub nadmierną egzotykę: mam porzeczki, agrest, borówki wysokie, pigwowce, truskawki. Trochę na przetwory trochę na bieżące podjadanie.
To nie jest ogród pokazowy. To ogród, który ma działać - ale dochodzi się do tego metodą prób i błędów.

Komentarze
Prześlij komentarz